Nie wystarczy powiedzieć „Przyrzekamy”. Czy jesteśmy dziś godni Jasnogórskich Ślubów Narodu?

Siedemdziesiąt lat temu, 26 sierpnia 1956 roku, pod jasnogórskim szczytem stanęła niemal milionowa rzesza ludzi. W centrum tego zgromadzenia znajdował się pusty fotel. Nieobecny był Prymas Polski, kardynał Stefan Wyszyński, internowany przez władze komunistyczne. Obecne były jednak jego słowa — napisany w Komańczy tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu. Odczytał go biskup Michał Klepacz, a zgromadzeni odpowiadali: „Królowo Polski, przyrzekamy!”. Pusty fotel stał się wówczas znakiem zniewolenia człowieka, ale głos tysięcy ludzi był świadectwem, że nie udało się uwięzić ich sumień.

Dzisiaj, dokładnie po siedemdziesięciu latach, powraca pytanie: czy jesteśmy godni tamtych Ślubów? Czy potrafimy jeszcze wypowiadać słowo „przyrzekamy” z pełną świadomością jego ciężaru? A może potrzebujemy tego programu bardziej niż pokolenie, które żyło w warunkach jawnej ateizacji i politycznego zniewolenia?

Odpowiedź nie jest prosta. Byłoby niesprawiedliwością porównywać nasze obecne trudności z terrorem stalinizmu i twierdzić, że żyjemy w takich samych warunkach. Nie żyjemy. Mamy wolność religijną, możemy budować świątynie, katechizować, pielgrzymować i publicznie wyznawać wiarę. Nie można jednak nie zauważyć, że wolność zewnętrzna nie zawsze przyniosła wolność wewnętrzną. Człowiek może nie mieć nad sobą urzędowego cenzora, a mimo to pozwolić, by jego sumieniem kierowały moda, reklama, ekran, lęk przed odrzuceniem albo pragnienie społecznej akceptacji. W 1956 roku wolność Polakom odbierano. Dzisiaj grozi nam, że sami ją rozmienimy na wygodę, święty spokój i prawo do życia bez zobowiązań.

Śluby zrodzone z podwójnej niewoli

Jasnogórskie Śluby Narodu nawiązywały do ślubów króla Jana Kazimierza, złożonych we Lwowie w 1656 roku. W czasie szwedzkiego potopu król oddał Rzeczpospolitą pod opiekę Matki Bożej, uznał Ją za Królową Korony Polskiej, ale zobowiązał się również do troski o lud i naprawienia społecznej niesprawiedliwości. Kardynał Wyszyński dostrzegł podobieństwo między tamtą epoką a sytuacją Polski trzy stulecia później. Mówił o potrzebie wyzwolenia z dwóch niewoli: zewnętrznego najazdu oraz wewnętrznej niedoli społecznej.

Polska roku 1956 nosiła głębokie rany II wojny światowej, obu okupacji, masowych zbrodni, przesiedleń i zniszczenia dawnych więzi. Komunistyczne państwo prowadziło programową ateizację, ograniczało działalność Kościoła, likwidowało jego szkoły i dzieła charytatywne, a duchownych poddawało represjom. Sam Prymas pozostawał internowany od września 1953 roku. Jednocześnie narastały problemy, których nie dało się wyjaśnić wyłącznie działaniem aparatu przemocy: alkoholizm, rozpad więzi rodzinnych i społecznych, swoboda obyczajowa, brak szacunku dla pracy i wspólnego dobra, poczucie niesprawiedliwości oraz obojętność na cudzą krzywdę. Tak historyczne tło i zamysł Wielkiej Nowenny opisuje opracowanie Instytutu Pamięci Narodowej.

Prymas rozumiał, że nawet odzyskanie politycznej swobody nie ocali narodu, jeżeli człowiek pozostanie niewolnikiem własnych wad. Nie wystarczy zmienić ustrój, jeśli nie zmieniają się sumienia. Nie wystarczy usunąć z urzędu ludzi niesprawiedliwych, jeśli niesprawiedliwość pozostaje w rodzinie, zakładzie pracy, sąsiedztwie i codziennych relacjach. Dlatego Śluby nie były manifestem partyjnym ani doraźnym programem politycznym. Były narodowym rachunkiem sumienia i planem pracy rozpisanym na konkretne postawy.

Wyszyński upomniał się o wierność Bogu i Ewangelii, o życie w łasce, obronę nienarodzonych, nierozerwalność małżeństwa, godność kobiety, bezpieczeństwo rodziny i chrześcijańskie wychowanie młodego pokolenia. Wołał o sprawiedliwość społeczną, zgodę, pokój i dzielenie się dobrami. Wzywał, by pracować nad przezwyciężeniem braku sumienności, nieodpowiedzialności, marnotrawstwa, nadużywania alkoholu i nieładu moralnego, a rozwijać pracowitość, wierność, wzajemny szacunek, miłość i sprawiedliwość. Pełny tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu pokazuje, że jest to program jednocześnie religijny, rodzinny i społeczny.

Nieprzypadkowo wezwanie do obrony życia wybrzmiało właśnie w 1956 roku, gdy państwo komunistyczne dokonało prawnej liberalizacji przerywania ciąży (ustawa z 27 kwietnia 1956 roku). Nieprzypadkowo pojawiła się troska o rodzinę, kiedy ideologia chciała przejąć wychowanie młodego człowieka. Nieprzypadkowo Prymas mówił o trzeźwości, uczciwej pracy i odpowiedzialności za dobro wspólne, gdy wojenne rany, bieda oraz system oparty na przemocy osłabiały społeczną tkankę narodu. W każdym z tych punktów dostrzegał nie tylko pojedynczy problem moralny, lecz zagrożenie dla przyszłości Ojczyzny.

Czy tamte problemy naprawdę przeminęły?

Siedemdziesiąt lat później zmienił się język, narzędzia i zewnętrzne okoliczności, ale istota wielu problemów pozostała. Ateizacja nie musi dziś przyjmować formy administracyjnego zakazu. Częściej dokonuje się przez obojętność: Bóg nie zostaje wprost odrzucony, lecz staje się niepotrzebny w podejmowaniu decyzji. Wiara bywa zachowywana jako rodzinna tradycja, oprawa świąt i uroczystości, ale przestaje wpływać na sposób przeżywania małżeństwa, pracy, pieniędzy, seksualności, konfliktu czy odpowiedzialności za słabszych.

Dane nie są wyrokiem nad ludźmi, lecz pomagają zobaczyć kierunek przemiany. W analizie CBOS obejmującej lata 1997–2024 udział wierzących i regularnie praktykujących spadł z 57–58 procent do 39 procent, a odsetek osób w ogóle nieuczestniczących w praktykach religijnych przekroczył jedną piątą. Jednocześnie blisko dziewięciu na dziesięciu badanych nadal deklarowało przynależność do Kościoła rzymskokatolickiego. Ta różnica między tożsamością a praktyką pokazuje, że chrześcijaństwo dla wielu przestaje być oczywistym sposobem życia, choć nadal pozostaje ważnym punktem kulturowego odniesienia (raport CBOS).

Wartości chrześcijańskie stają się niepopularne przede wszystkim dlatego, że wymagają. Wierność ogranicza liczbę możliwych wyborów. Odpowiedzialność każe ponosić konsekwencje. Przebaczenie domaga się rezygnacji z odwetu. Czystość sprzeciwia się używaniu drugiego człowieka. Uczciwość nie pozwala wybrać łatwiejszej drogi tylko dlatego, że „wszyscy tak robią”. Troska o słabych nakazuje dzielić się czasem, pieniędzmi i spokojem. Ewangelia nie obiecuje życia bez krzyża, podczas gdy współczesna kultura często próbuje sprzedać nam przekonanie, że dobre jest przede wszystkim to, co wygodne, natychmiastowe i zgodne z naszym aktualnym pragnieniem.

Nie oznacza to, że wszystko, co przychodzi ze współczesnego świata, jest złe. Rozwój wiedzy, medycyny, technologii, większa wrażliwość na ludzką godność, przemoc i wykluczenie mogą służyć dobru. Chrześcijanin nie powinien bać się nowości tylko dlatego, że jest nowa. Powinien jednak pytać o jej owoce. Czy pomaga ona bardziej kochać i służyć? Czy chroni prawdę o człowieku? Czy umacnia rodzinę i wspólnotę? Czy też czyni człowieka bardziej samotnym, zależnym, skupionym na sobie i niezdolnym do trwałej więzi? Nie wszystko, co modne, jest postępem; nie wszystko, co trudne, jest zacofaniem.

Te same przyrzeczenia, nowe postacie zagrożeń

Przyrzeczenie obrony życia nie straciło znaczenia. Dzisiaj wymaga ono nie tylko jasnego stanowiska wobec życia dziecka przed narodzeniem, lecz również konkretnej pomocy matce przeżywającej lęk, rodzinie wychowującej dziecko z niepełnosprawnością, osobie chorej, samotnej i starej. Obrona życia, która kończy się na deklaracji, nie wypełnia Ślubów. Życie trzeba przyjąć, ochronić i otoczyć miłością także wtedy, gdy staje się trudne, zależne i kosztowne.

Aktualna pozostaje troska o małżeństwo i rodzinę. Według wstępnych danych GUS w 2025 roku zawarto około 133 tysięcy małżeństw, a rozwiodło się około 61 tysięcy par. Ponad połowa małżeństw rozwiedzionych w 2024 roku wychowywała nieletnie dzieci. Tych liczb nie wolno używać do osądzania konkretnych osób ani porównywać ich mechanicznie jako prostego wskaźnika moralności. Pokazują jednak, że kruchość więzi rodzinnych nie jest abstrakcją (GUS, sytuacja demograficzna Polski). Odpowiedzią nie może być potępienie ludzi zranionych, lecz mądre przygotowanie do małżeństwa, towarzyszenie rodzinom w kryzysie, uczenie dialogu i przebaczenia, ochrona przed przemocą oraz odbudowywanie kultury wierności.

Jeszcze pilniejsze staje się wychowanie młodego pokolenia. Dziecko, któremu rodzice nie przekażą spójnej hierarchii wartości, nie pozostanie bez wychowania — jego wychowawcą stanie się grupa rówieśnicza, influencer, reklama albo algorytm. Współczesna walka o młodego człowieka nie rozgrywa się już tylko w szkolnej klasie. Toczy się w jego telefonie, często po nocach i bez obecności dorosłych. Nie wystarczy więc domagać się katechezy. Trzeba jeszcze sprawić, aby dziecko zobaczyło w domu wiarę, która daje rodzicom cierpliwość, uczciwość, jedność, czas dla bliskich i zdolność do przyznania się do winy.

Nie przeminęło również wezwanie do trzeźwości. Wprawdzie spożycie alkoholu w Polsce spadało przez trzy kolejne lata — co jest znakiem nadziei — jednak w 2024 roku nadal wynosiło 8,8 litra czystego alkoholu na mieszkańca. Krajowe Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom przypomina zarazem o nowych uzależnieniach: od hazardu, gier, internetu i mediów społecznościowych (dane KCPU). Prymasowskie wezwanie do trzeźwości trzeba więc dzisiaj odczytać szerzej: jako odzyskiwanie wolności od wszystkiego, co znieczula sumienie, kradnie czas, niszczy więzi i pozwala uciekać od odpowiedzialności.

Aktualność Ślubów szczególnie mocno odsłania ich wymiar społeczny. Prymas nie oddzielał obrony wiary i rodziny od troski o sprawiedliwość. Naród przyrzekał budować życie tak, „aby wśród nas nie było nienawiści, przemocy i wyzysku”. Tymczasem coraz łatwiej usprawiedliwiamy pogardę, jeśli dotyczy człowieka z przeciwnego obozu politycznego. Krzywdzące słowo nazywamy odwagą, szyderstwo — dowcipem, a zamknięcie się w swoim środowisku — wiernością zasadom. Równocześnie w ogólnopolskim badaniu przeprowadzonym w lutym 2024 roku zdiagnozowano ponad 31 tysięcy osób w kryzysie bezdomności (Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej). Śluby przypominają więc, że nie można bronić chrześcijańskiej Polski, pozostając obojętnym na głodnego, samotnego, wyzyskiwanego, zadłużonego czy pozbawionego domu.

Nie wolno redukować chrześcijaństwa do kilku haseł obyczajowych ani patriotyzmu do symboli i wzruszeń. Jeżeli bronimy życia nienarodzonego, ale nie mamy czasu dla starego rodzica, nasze świadectwo jest niepełne. Jeżeli mówimy o świętości rodziny, ale poniżamy najbliższych, nie wypełniamy przyrzeczenia. Jeżeli powołujemy się na Ewangelię, lecz żywimy się nienawiścią do przeciwników, zaprzeczamy jej duchem. Jeżeli śpiewamy o Ojczyźnie, a nieuczciwie pracujemy, niszczymy wspólne dobro albo usprawiedliwiamy własne marnotrawstwo, patriotyczne słowa pozostają bez pokrycia.

Trzeba też uczciwie przyznać, że wartości chrześcijańskie bywają odrzucane nie tylko dlatego, że świat ich nie rozumie, ale czasem dlatego, że my sami przedstawiamy je bez miłości albo nie potwierdzamy ich życiem. Zgorszenia, pycha, obłuda i brak wrażliwości ludzi Kościoła osłabiają wiarygodność głoszonej prawdy. Odpowiedzią nie jest jednak porzucenie Ewangelii, lecz głębsze nawrócenie tych, którzy ją wyznają. Śluby Jasnogórskie nie dają nam prawa, by sądzić innych z wysokości. Najpierw każą uklęknąć i zapytać o własną wierność.

Czy potrzebujemy ich bardziej niż siedemdziesiąt lat temu?

Nie odważyłbym się powiedzieć, że bardziej niż ludzie żyjący pod terrorem systemu, który więził Prymasa i chciał programowo wykorzenić wiarę. Z pewnością jednak potrzebujemy ich nie mniej. Wtedy przeciwnik był łatwiejszy do rozpoznania: miał swoją ideologię, aparat przemocy i urzędową propagandę. Dzisiaj zagrożenie bywa łagodniejsze w formie, ale trudniejsze do uchwycenia. Przychodzi jako propozycja wygody, kult samowystarczalności, życie bez trwałych zobowiązań, przekonanie, że prawdę można dopasować do potrzeb, a wartość człowieka mierzyć jego sprawnością, atrakcyjnością lub użytecznością.

Być może dlatego Ślubów potrzebujemy dzisiaj bardziej świadomie. Nie jako historycznej pamiątki ani wzruszającego tekstu odczytywanego raz w roku. Potrzebujemy ich jako programu osobistego rachunku sumienia. Zamiast pytać wyłącznie, czy Polska dochowała Ślubów, trzeba zapytać: czy ja dochowuję danego słowa? Czy żyję w przyjaźni z Bogiem? Czy chronię życie i godność słabszego? Czy jestem wierny? Czy mój dom jest bezpieczny? Czy przekazuję wiarę młodszym? Czy pracuję sumiennie? Czy potrafię dzielić się z potrzebującym? Czy jestem wolny od nałogu? Czy mój język buduje zgodę, czy podsyca nienawiść?

Czy jesteśmy godni Jasnogórskich Ślubów? Jeśli godność miałaby oznaczać bezgrzeszność i doskonałe wypełnienie wszystkich zobowiązań — nie jesteśmy. Nie było takim również pokolenie roku 1956. Sam tekst Ślubów rozpoczynał się przecież w duchu skruchy i uznania wcześniejszej niewierności. Przyrzeczenie nie jest nagrodą dla doskonałych, ale drogą dla tych, którzy widzą swoją słabość i chcą podjąć pracę.

Możemy być godni tych Ślubów tylko w jeden sposób: traktując je poważnie. Nie używać ich do oskarżania innych, lecz pozwolić, aby osądziły nasze sumienia. Nie czynić z nich pomnika z brązu, lecz — zgodnie z myślą Prymasa — „żywe wotum Narodu”: codzienną wierność, uczciwą pracę, czysty język, trzeźwość, ochronę życia, troskę o rodzinę, pomoc słabszym i odpowiedzialność za wspólne dobro.

Siedemdziesiąt lat temu na Jasnej Górze pusty fotel przypominał o uwięzionym Prymasie. Dzisiaj groźniejszy może być inny pusty fotel — miejsce, na którym powinno zasiąść nasze sumienie, a które oddaliśmy modzie, wygodzie, partyjnym emocjom albo opinii większości. Odnowić Śluby znaczy przywrócić sumieniu należne miejsce. Znaczy powiedzieć „przyrzekamy”, a następnie zamienić liczbę mnogą na pojedynczą: ja przyrzekam i ja zaczynam od siebie.

Wtedy Jasnogórskie Śluby Narodu przestaną być jedynie echem wielkiego wydarzenia sprzed siedemdziesięciu lat. Staną się tym, czym miały być od początku — drogą duchowej wolności człowieka i moralnej odnowy Ojczyzny.

 

ks. Hubert Równicki

  • Liturgia dnia